81. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Wspomnienia Romualda Drzewieckiego
Romuald Drzewiecki, urodzony w 1933 roku. W okresie wojny i Powstania Warszawskiego był mieszkańcem Warszawy. Doświadczył podobnie, jak wielu mieszkańców, wysiedlenia. Znalazł się we Włoszczowie, Olesznie, Bebelnie. W Muzeum Powstania Warszawskiego zachowała się jego relacja, publikujemy fragmenty dotyczące pobytu na ziemi włoszczowskiej:
Pamięta pan nazwę wioski, do której zostaliście wywiezieni?
- Myśmy zostali do Włoszczowej. Dziwna kolej rzeczy. Jak zostaliśmy wysiedleni z Pomorza, jechaliśmy przez tydzień chyba w wagonie towarowym, bydlęcym, przez Poznań do Łodzi. W Łodzi była wtedy granica Generalnej Guberni. Tam był Reich. Stamtąd załadowano nas do pociągów osobowych, wysłano gdzieś w Polskę, na teren Generalnej Guberni. Zawieziono nas, kazali wysiadać w miejscowości Włoszczowa. Była tam RGO, która zajmowała się wysiedlonymi. Ona przydzielała po wioskach, po chłopach, dworach, po majątkach. Nas przydzielono do miejscowości Oleszno pod Włoszczową. U chłopa jakąś izbę kazano oddać. Stosunki były okropne. Była już zima, było bardzo zimno. Nie było czym palić, nie było pieca. Nie było żadnych szans wyżywienia. Co taki chłop mógł.
To był samotny chłop?
- Nie. To była rodzina chłopska. Jako dziecko chodziłem do dworu po prośbie, żeby z kuchni dworskiej coś przynieść do jedzenia. Tak że nie było żadnych szans, dlatego zaraz ojciec, jak się tylko dało, jak najszybciej stamtąd nas zabrał i wyjechaliśmy do Warszawy.
Wracając z Pruszkowa, wsadzono nas do pociągu, znowu kazali wysiadać – Włoszczowa. Znowu ta sama miejscowość po tylu latach. Co za traf. W związku z tym, że mieliśmy już doświadczenie na wsi, jakby trudności współżycia z chłopami, wobec tego czekaliśmy, aż przyjadą wozy z majątków. Znaleźliśmy się w mająteczku, który nazywał się Krasówek, około dwudziestu kilometrów w kierunku Jędrzejowa. Do wyzwolenia, znaczy do wiosny, do marca 1945 roku tam mieszkaliśmy.
Jakie panowały warunki?
- Już były wprost luksusowe. Byliśmy nie we dworze, bo we dworze mieszkał hrabia z rodziną, z ciotkami. On był starym kawalerem. W zabudowie dworskiej był budynek rządcy. Było pomieszczenie wolne, tam zamieszkaliśmy. Żywiliśmy się we dworze.
Czy były we dworze jeszcze inne rodziny?
- Nie. My byliśmy jedyną rodziną, która się znalazła.
- Wymagano od pana rodziców prac na rzecz dworu?
Nie. Nic takiego nie wymagano. Byłem dzieckiem, z dziećmi z czworaków się bawiłem. Wtedy po raz pierwszy się spotkałem ze wsią, a poza tym z taką wsią dworską. Na przykład za parkiem dworskim były czworaki, gdzie mieszkały rodziny pracujące na rzecz dworu. Nida płynęła obok, rzeczka na łąkach. Myśmy bawili się z tymi dziećmi fornali dworskich. Oni mieszkali w czworakach. Taka rodzina mieszkała, to była jedna izba i przedsionek. Podłóg nie było, było klepisko. Światła elektrycznego nie było, wobec tego były lampy naftowe. Żarna po raz pierwszy widziałem. W tym przedsionku kamienie, na których się mełło zboże.
W tym mieszkaniu, gdzie państwo mieszkali, była podłoga?
- Tak. W tym dworskim była podłoga, drewniany dom, ale podłoga była. Czekaliśmy, aż pojawiła się Armia Radziecka.
Jak pan zapamiętał hrabiego, właściciela majątku?
- Hrabia był prawie że niewidzialny, prawie się nie pojawiał. Co ciekawego na tym terenie się działo. Było dla mnie absolutnym zaskoczeniem, że to były tereny opanowane przez partyzantów. Mówiono we dworze, że Niemców widziano tylko raz w 1940 roku, bo w 1939 chyba nie. Widziano nie tyle wojsko, ile urzędników, którzy przyjechali prawdopodobnie do dworu ustalać jakieś dostawy. Drugi raz, jak myśmy już byli, czyli to była jesień 1944 roku. Zaraz za Nidą były dość duże lasy i byli partyzanci AK i Batalionów Chłopskich.
Najbliższa wieś kościelna nazywała się Bebelno. Tam był kościół. Oni przychodzili na mszę w niedzielę do kościoła. W szeregach przychodzili na mszę. Potem szli z powrotem do lasu. To były tereny opanowane przez partyzantów.
W tym czasie, jesienią pewnego dnia, przyjechała cała kawalkada armii niemieckiej z obławą na partyzantów. Skończyło się to podobno klęską. Myśmy samej bitwy nie widzieli. Oni się bali wjechać głęboko w las. Pamiętam pancerne wozy, czołgów nie było. Strzelaninę było słychać. Tyle widziano wtedy Niemców.
Pan widział tych partyzantów?
- Do tego kościoła chodziłem, to widziałem, jak oni szli.
Czy przychodzili też po zaopatrzenie?
- Nie wiem, jak się odbywało zaopatrzenie. Czy dwór dawał im, czy ktoś przyjeżdżał. Tego osobiście nie widziałem. W każdym razie współżycie było, dlatego że to była wieś Krasowo, majątek Krasówek. Krasowo to była wieś, gdzie chłopi byli w odróżnieniu od tych pańszczyźnianych chłopów. Kawałek dalej było potworne błoto, gliniasta ziemia. Szło się do kościoła, boso wszyscy starali się iść, nie wiem, czy wieś miała w ogóle buty porządne. Jak myśmy szli w niedzielę do kościoła, to z takim kijem się szło, żeby przejść przez drogę. Przez pole to jeszcze się szło, rżysko było czy coś, to jesień. Ale żeby przejść przez drogę, to trzeba było kijem patrzyć, czy to jest piętnaście centymetrów, czy dwadzieścia tego błota. Wjechać samochodami w tym czasie nawet Niemcom było trudno, chociażby ze względów terenowych.
Czyli zimę przeżyliście bez kłopotów?
- Tak. Kiedy już zaczęła się ofensywa radziecka, to wtedy nocami słychać było działa, [odgłosy] bitwy. Potem cisza trwała chyba kilka dni. Naraz coś szarego pokazało się na horyzoncie, to szła armia radziecka. Niemców nie widziano przez całą wojnę, a tu zaczęła iść armia. Oni szli, nie jechali. Szli w takich szarych szynelach, niekończący się wąż. Pieszo naturalnie. Tylko pytano: „Czy daleko jest do Berlina?” – o to pytano bez przerwy.
We dworze stanął sztab armii. To była ukraińska armia. Tak pięknych chłopaków i pięknych żołnierzy wtedy nie widziałem. W przeciwieństwie do masy żołnierskiej ci oficerowie wyglądali wspaniale. Mieli futrzane czapy, kurtki też śliczne, futrzane. Czapy, denka były z jakimś krzyżem. Generał stanął we dworze – z tego co mówiono, bo ja generała nie widziałem. Ci oficerowie jeszcze wprowadzili się, dwóch czy trzech, u nas w tym pokoju nocowali chyba dwie noce. Słomę przynieśli, na ziemię rzucili i spali. Żołnierze spali w śniegu albo w stogach, w magazynach, które były, w spichrzach.
Czy odzywali się do was radzieccy…
- Tak. Bardzo grzecznie. Z tym że po rosyjsku wtedy nikt nie umiał. Tylko jak się dało podobne słowa porozumieć.
Zachowywali się uprzejmie?
- Bardzo grzecznie. To pierwsze spotkanie było bardzo pozytywne. Zaskoczyło nas to, idąca armia, oni szli prawdopodobnie od Syberii, niektórzy pieszo, ciągle tylko pytali: „Jak daleko do Berlina?”.
Później zdecydowali się państwo wrócić do Warszawy?
-Nie. Zaraz po tym, jak armia przeszła, trzeba było coś ze sobą zrobić. Już te tereny już były wyzwolone. Wtedy… nie wiem jak komunikaty. Radia nie było, nie wiem, jak docierały wiadomości, gdzie jest front. W każdym razie w marcu najpierw dojechaliśmy do Częstochowy. Ojciec miał znajomego, u którego pracował, bo coś trzeba było z sobą zrobić i z czegoś żyć. Wobec tego, jak myśmy mieszkali w tym mająteczku, to on pracował w Częstochowie. Pojechaliśmy do Częstochowy. Już dowiedzieliśmy się, gdzie jest front. Już była łączność. Stamtąd wyjechaliśmy, jak tereny Torunia i okolic zostały wyzwolone. Wobec tego przez Kutno, naturalnie wagonami otwartymi, w mrozie, razem z taborem wojskowym wróciliśmy na tereny... W miarę upływu lat, po kolei wszyscy przeprowadzali się z powrotem do Warszawy.
Romuald Jerzy Drzewiecki, ur. w Gniewkowie na Kujawach, absolwent I LO im. Jana Kasprowicza w Inowrocławiu i Wydziału Sztuk Pięknych UMK w Toruniu, w zakresie malarstwa i architektury wnętrz. Po studiach prowadzi aktywną działalność artystyczną i wystawienniczą, jest też nauczycielem akademickim. Zajmuje kolejno stanowisko asystenta, adiunkta, docenta, a od 1990 roku profesora UMK. Zostaje dyrektorem Instytutu Artystyczno-Pedagogicznego, a następnie dziekanem Wydziału Sztuk Pięknych. Od 1966 roku mieszka w Warszawie i do pracy w Toruniu dojeżdża przez ponad 40 lat. Artysta jest rzadkim przypadkiem łączenia sztuki (wszechstronnej) z dydaktyką (na najwyższym poziomie), plastyki z architekturą wnętrz (szczególnie cenna umiejętność przy realizacji muzealnych ekspozycji), a także oryginalnej osobowości i pogodnego charakteru. Profesor Drzewiecki modernizował też polskie miasta (zaprojektował miasteczka uniwersyteckie w Toruniu i w Gdańsku, domy kultury, biblioteki, kawiarnie, eleganckie sklepy, dworce, hotele). Był też autorem licznych scenografii teatralnych. Zmarł w 2022r.


- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!