Rzeczy dzieją się we Włoszczowie. Śladami legendy
Podobno trzy włoszczowskie figury: św. Jana Nepomucena (na kopcu) i świętych Florianów (w Rynku oraz przy skrzyżowaniu ulic Kusocińskiego i Różanej z Partyzantów), tworzą trójkąt, pośrodku którego jest ukryty drogocenny skarb. Jaka jest prawda?
Historia Polski obfituje w niezwykłe opowieści i legendy o dawno zaginionych precjozach, „rozrzuconych” przez stulecia po rodzimych ziemiach. Tajemnicze historie po dziś dzień fascynują pasjonatów historii i poszukiwaczy skarbów, i są nieustającym źródłem inspiracji dla filmów przygodowych i dokumentalnych, książek oraz licznych publikacji. Bezowocne poszukiwania tych legendarnych skarbów sprawiły, że z czasem opowieści zaczęły być traktowane jak mity lub bajki, które można opowiadać dzieciom na dobranoc, mimo to wielu miłośników zagadek wciąż wierzy, że słynne skarby istniały naprawdę.
Dzięki wytrwałej pracy historyków i archeologów, którzy przez lata tropili stare zdjęcia i zapisy wspomnień świadków minionych zdarzeń, możemy z dużą pewnością potwierdzić istnienie niektórych ze słynnych skarbów, o których nagle zaginął wszelki słuch. Do najsłynniejszych należą tajemnicze dzieje Bursztynowej Komnaty, Portretu Młodzieńca czy „złota z Festung Breslau”. Historii losów większości z nich prawdopodobnie nigdy już nie poznamy, ale są wśród nich takie, które co jakiś czas powracają na pierwsze strony gazet, na nowo rozpalając wyobraźnię i szerokie zainteresowanie społeczne i poszukiwaczy skarbów. Należy do nich przede wszystkim legenda „złotego pociągu” - jedna z największych i wciąż nieodkrytych tajemnic Dolnego Śląska.
Ludzie od zarania dziejów przekazują sobie niesamowite opowieści. Legendy to nie tylko dziecięce bajanie, ale i sposób na przybliżenie historii kolejnym pokoleniom. Mnogość polskich legend może być zaskakująca. Zazwyczaj pamiętamy jedynie te dotyczące polskich miast, w których królowały smoki i syrenki. Okazuje się jednak, że wśród małych miast i Włoszczowa ma ciekawe opowieści. Parku legend nie zbudujemy, ale…
Na łąkach włoszczowskich znajduje się niewielki kopiec, który w bardzo dawnych czasach był gródkiem warownym. Prawdopodobnie pod nim mają początek potężne lochy, które ciągną się w nieznanym kierunku. Jeden korytarz łączy kopiec z zamkiem w Seceminie, a drugi z zamkiem na Bąkowej Górze. W tym drugim zamku mieszkał straszny rozbójnik, a kiedyś rycerz, o nazwisku Bąk. W jego ślady poszedł Piotr Szafraniec, który pragnął jak najszybciej wzbogacić się.
Nocą, przy świetle księżyca, obydwaj rozbójnicy łupili kupców z pieniędzy i kosztowności. Napadali również na zwykłych chłopów z okolicznych wiosek. Strach i niepewność zagościły tutaj. Nic więc dziwnego, że nikt nie chciał tędy podróżować. Wielu ludzi przez niechlubne wyczynki Szafrańca i Bąka straciło życie. Teraz dusze zmarłych zamienione w światełka błąkają się w nocy po łąkach włoszczowskich.
Ku pomocy tutejszej ludności przybyło nawet królewskie wojsko, które jednak nie dawało rady znającym okolicę i chowającym się w gęstym lesie Szafrańcowi i Bąkowi. Wszyscy powiadali że ci dwaj zbóje musieli zaprzedać duszę diabłu. Wojsko długo szukało zbójów aż wreszcie znaleziono ich i osadzono w lochach zamku w Krakowie. Od tej pory spokój i radość zagościły na ziemi włoszczowskiej, jednak o zagrabionych kosztownościach do tej pory nic nie wiadomo. Na darmo chłopi szukali pieniędzy i złota rozkopując włoszczowski kopiec i penetrując zamek na Bąkowej Górze.
A skąd się wzięła Włoszczowa? Według pewnej legendy, dawno, dawno temu w maleńkiej osadzie mieszkało starsze małżeństwo. Ze względu na sędziwy wiek tracili nadzieję na potomstwo, a jednak udało się i zostali rodzicami. Z powodu wieku i zdrowia, świeżo upieczona matka zmarła pozostawiając córkę o imieniu Włoszczówka pod opieką jej ojca, Włoszcza. Ojciec dbał, o córkę robił wszystko by była szczęśliwa i żeby nic jej nie brakowało. Razu pewnego córka zakochała się ze wzajemnością w Międzylesiu, jednak ojciec Włoszczówki uznał, że lepiej jej będzie u boku księcia Przechwały, właściciela ziem… Mieszkańcy osady, musieli płacić coraz to wyższe daniny na rzecz księcia, co nie spodobało się Włoszczówcę i głośno zaprotestowała. Za to, że przeciwstawiła się swojemu mężowi, została zamknięta w kościelnej wieży i tylko przez nie wielkie okienko mogła obserwować, co się dzieje w osadzie. Pewnej nocy we śnie przyszedł do niej jej zmarły ojciec Włoszcz, który widząc jak córka płaczę, obiecał jej, że zrobi wszystko żeby więcej nie płakała. Po przebudzeniu Włoszczówka, przez okienko zauważyła, że ludzie w osadzie świętują, dostrzegła również, że i zamek jej złego męża - księcia Przechwały zapadł się pod ziemię. Chwilę później na kościelnej wieży zjawił się jej ukochany Międzylas, który uratował ją. Od tego momentu życie w osadzie, było szczęśliwe i spokojne dla wszystkich mieszkańców. W ramach podziękowania za wsparcie lud zdecydował, że osadę nazwą Włoszczowa, od imienia dzielnej dziewczyny.
Często to, co zapomniane i niedoceniane, nabiera specjalnej wartości i atrakcyjności, gdy zostanie odkryte na nowo. W sprawie powrotu do przeszłości nie zawsze trzeba sięgać do ogólnoludzkiego dziedzictwa – wystarczy historia własnej rodziny. Nasza najbliższa okolica i własne domy nierzadko są skarbnicami niewiarygodnych pamiątek – nieraz o zaskakującej wartości sentymentalnej, a nawet materialnej. Obecnie archiwa – państwowe, kościelne oraz społeczne – i tym podobne instytucje gromadzą znakomite zabytki, są one w coraz większej mierze sukcesywnie indeksowane, digitalizowane i udostępniane publiczności. Są jednak rzeczy, których nie znajdziemy w żadnym publicznym katalogu, żadnej bibliotece czy archiwum, ani internetowych zbiorach. Czekają one cierpliwie na nas na strychach albo w piwnicach.
Za zaśniedziałymi skoblami mogą czekać na nas od lat nietknięte pozostałości życia dawnych pokoleń. I tak było ze skarbami odnajdowanymi we Włoszczowie. Jak mówią regionaliści, zwłaszcza po drugiej wojnie światowej, np. w Rynku, gdzie dawny właściciel Landau miał skład handlowy. A i wcześniej, po powstaniu styczniowym, mieszkańcy znajdowali cenne przedmioty na Belinie.
W 2019 Drukarnia Kontur wydała kolejną publikację regionalną - „Księga cechu szewskiego z Włoszczowy z lat 1819-1848”, opracowaną przez dr. Lecha Frączka. Oryginalny rękopis tej jedynej, zachowanej księgi cechowej włoszczowskich szewców został odkryty na strychu starej XIX wiecznej plebanii, a odnaleziony. przez Adama Malickiego i Michała Staniaszka.
Każdego z nas może przeszyć dreszczyk ekscytacji, gdy zaglądamy w stare rodzinne albumy, albo w czasie gruntownych porządków odnajdujemy pamiątki po naszych bliskich.
No to co? Ruszajmy na poszukiwania skarbów!
Iwona Boratyn


- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!