Walczy ze smokiem obojętności i rezygnacji. Anna Dymna we Włoszczowie
Ma 73 lata, a także kilka wypadków i operacji za sobą. Mimo problemów z kręgosłupem rzuca się w wir pracy - gra w serialach, filmach, spektaklach, uczestniczy w różnych programach, a także jest wykładowczynią Akademii Teatralnej. Do tego prowadzi fundację i jest w stałym kontakcie z jej podopiecznymi. Anna Dymna wczoraj odwiedziła Włoszczowę.
Jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych aktorek filmowych i teatralnych w Polsce. Zadebiutowała w 1969 roku w spektaklu "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Lidii Zamkow w Teatrze imienia Juliusza Słowackiego w Krakowie.
Naprawdę nazywa się Małgorzata Dziadyk. Jej rodzice pochodzili z Kresów, ale poznali się i zamieszkali w Krakowie. Urodziła się w Legnicy, mieście nabitym radzieckimi żołnierzami, o którym mówiono „mała Moskwa”. Ojciec był inżynierem, a matka - ekonomistką. Wychowała się nad rzeką Młynówka, której już nie ma: latem chodziła na pijawki, a zimą jeździła na łyżwach. W niedziele wybierała się z braćmi i rodzicami tramwajem na Rynek Główny - i zawsze było to dla niej wielkie przeżycie. Z kolei w wakacje cała rodzina jeździła motocyklem z przyczepą poza miasto.
- W młodości byłam tak nieśmiała, że jak mama mówiła: „Kup cukier”, to potrafiłam dziesięć razy stać w tej samej kolejce, żeby nie powiedzieć głośno: „Proszę kilo cukru”. Gdy ktoś mówił mojej mamie: „Jaką ma pani śliczną córeczkę”, odpowiadała: „No tak, ma dwie nogi do samej ziemi, jak każdy”. I na dobre mi to wyszło – śmieje się. Nie zapomina jednak jaki był to czas w Polsce: - Urodziłam się bardzo trudnych czasach w roku 1951. Nie było luksusów, pieniędzy i niczego w sklepach przez długi czas, ale dzięki temu nauczyłam się cieszyć wszystkim. Mój tata sam zrobił pralkę, tańczącą po domu - dodaje otuchy tym na sali, którzy ten czas pamiętają.
Mała Ania lubiła się bawić z chłopakami: świetnie chodziła po drzewach, umiała się bić i pluła najdalej ze wszystkich dzieci na podwórku. Za młodu marzyła, aby zostać oceanografką i badać morskie stworzonka, ale z czasem bardziej akuratna wydała się jej psychologia kliniczna. Za sprawą sąsiada rodziców, którym był aktor Jan Niwiński, zaczęła uczęszczać na zajęcia teatralne dla dzieci i młodzieży. I to zdecydowało, że po maturze zdała do akademii teatralnej. - Wyglądałam jak dziecko – opowie włoszczowskiej publiczności.
Kariera młodej Ani potoczyła się błyskawicznie. Choć na początku związała się z krakowskimi teatrami, największą popularność przyniosło jej kino. Widzowie pokochali ją jako wnuczkę Pawlaka w „Nie ma mocnych” i „Kochaj albo rzuć”, Barbarę Radziwiłłównę w „Królowej Bonie” czy w podwójnej roli w „Znachorze”. Podziwiano ją za naturalny wdzięk, świeżą urodę i autentyczny talent.
- Gdy byłam bardzo młoda, grałam bardzo dużo. I to nie była żadna moja zasługa. Po prostu wyglądałam jak takie wdzięczne zwierzątko. Trzeba było płakać, płakałam; trzeba było się śmiać, to się śmiałam. Byłam naturalna i prawdziwa. Chyba mało umiałam, ale po prostu byłam i kochałam swoją pracę. Wszystko robiłam na 20 proc. Byłam taka potrzebna... Cały czas mówiono: „O, taka śliczna, taki motyleczek, sarenka", ale nikt nie pisał, że dobrze coś zagrałam. Nigdy nie porzuciłam teatru dla filmu - podkreśla.
Zaznacza, że zawsze miała szczęście do ludzi. - Miałam szczęście, że pracowałam z naprawdę wybitnymi reżyserami – Swinarskim, Wajdą, Jarockim, Grzegorzewskim. Są to największe nazwiska. Oni przeprowadzali mnie przez te wszystkie lata, pokolenia i uczyli wszystkiego, a przede wszystkim kochać ten zawód - wylicza. Tym szczęściem był również pierwszy mąż aktorki. Kiedy jeszcze studiowała, poznała Wiesława Dymnego. Niepokorny artysta z Piwnicy pod Baranami miał za sobą dwa małżeństwa, ale młoda Ania zakochała się w nim na amen. - Wszystko robiliśmy razem. Ja wymyślałam sobie półeczki, a on szkicował - mówi.
Po ślubie para zamieszkała na strychu jednej z kamienic przy krakowskim Rynku Głównym. Kiedy go samodzielnie wyremontowali, pod ich nieobecność wybuchł w nim pożar i niemal wszystko doszczętnie spłonęło. Dymny zabrał się więc do ponownego remontu. Pewnego dnia aktorka znalazła męża martwego w mieszkaniu. Oficjalnie uznano, że to zawał serca, nieoficjalnie mówiono, że do jego śmierci przyczyniła się komunistyczna esbecja. Aktorka została wdową, mając zaledwie 27 lat.
W wolnym czasie Anna Dymna zajmuje się również swoim ogrodem, co również ma terapeutyczne właściwości. Nie ukrywała też, że w złych momentach zawód aktorki pomagał jej oderwać się od codzienności i na moment zapomnieć o bolączkach dnia codziennego.
Artystka od 20 lat prowadzi Fundację "Mimo Wszystko", zajmującą się m.in. osobami z niepełnosprawnością intelektualną. Pewnego razu aktorka została zaproszona do ośrodka opieki nad osobami niepełnosprawnymi intelektualnie do podkrakowskich Radwanowic. Tak zaprzyjaźniła się z tamtejszymi podopiecznymi księdza Isakowicza-Zaleskiego, że postanowiła im pomóc. To z kolei stało się impulsem do powołania do życia jej własnej fundacji - Mimo Wszystko. - Nie powinien umrzeć - mówi o przyjaźni z księdzem Isakowiczem – Zalewskim. - Rozliczę się z nim za to odejście - dodaje.
Legenda ekranu i teatru wspomina przygody na planie Nie ma mocnych (1974) i Kochaj albo rzuć (1977). Młoda wówczas, dwudziestotrzyletnia Anna Dymna zyskała sympatię Władysława Hańczy, filmowego Kargula. Doświadczony aktor stał się dla niej mentorem. Fenomen Samych Swoich to cykl poświęcony serii filmowej o przygodach Kargula i Pawlaka. Filmy zyskały kultowy status - zna je niemal każdy. Do dziś celebruje się te filmy. Zagrała w nich związana z Włoszczową Ilona Kuśmierska – Kocyłak, filmowa mama Ani. Opowieść o spotkaniu dwóch aktorek to przede wszystkim pamięć o życzliwości i wrażliwości. – Taka była ta moja mamusia – mówi Anna Dymna, nad którą pieczę mieli jednak dziadkowie Kragul i Pawlak.
W drugą rocznicę ekranowej Jadźki, Anna Dymna jest gościem włoszczowskiego przeglądu filmów z aktorką i odwiedza jej grób na cmentarzu parafialnym. - Wierzę, że rodzimy się nie tylko po to, by umrzeć. Nie umiem tego przekonania tłumaczyć i uzasadniać. Znam ludzi, którzy nie powołują się na żadnego Boga, a też mają w sobie taką nadzieję i pewność – przekazuje włoszczowskiej publiczności.
Anna Dymna wielokrotnie udowodniła, że ma serce na dłoni. Aktorka od lat angażuje się w pomoc innym, choć sama ma problemy ze zdrowiem.
Wyprodukowany przez Netflix serial "Wielka woda", zainspirowany wydarzeniami z Wrocławia z czasów tzw. powodzi tysiąclecia w roku 1997, szturmem podbił widzów w Polsce i wielu krajach świata
Jedną z ról zagrała Anna Dymna, która wcieliła się w przykutą do łóżka dawną divę operową, chorobliwie otyłą i samotną Lenę. O tegorocznej powodzi mówić nie chce. Na pytanie Leszka Bodnara, dziennikarza TVP3 Łódź, odpowiada: - Ja nigdy nie byłam we Wrocławiu.
W jednym z wywiadów Anna Dymna o Lenie wyzna: - „Na taką rolę czeka się całe życie. Jest ogromnym wyzwaniem dla aktora. Wymaga odwagi, której na szczęście uczyłam się u największych reżyserów. Niesie w sobie duże ryzyko, ale i szansę na przeżycie czegoś nowego. Kiedy czytałam scenariusz, przede wszystkim poczułam radość, że reżyser pomyślał o mnie i obdarzył mnie zaufaniem. (…) To, niestety, prawda o życiu i przemijaniu wielu sław. Oklaskujemy je latami na scenie, zachwycamy się ich sztuką, talentem, urodą, walczymy o autografy, obsypujemy kwiatami, a potem nawet nie zauważamy, że gdzieś zniknęły.”
Przyjęła bardzo ryzykowną i trudną rolę w filmie Jana Holoubka (najpierw operatora, potem reżysera), który robi serial "Wielka woda" o powodzi we Wrocławiu w 1997 roku. - To dla mnie duże przeżycie - wyznała aktorka. – Przyglądałam się na planie, jak dziewczyny robiły mi charakteryzację, która trwała na początku sześć godzin, potem pięć, potem cztery - relacjonuje trudy produkcji.
Co roku 1 listopada aktorka kwestuje na odnowę i renowację Cmentarza Rakowickiego. W czerwcu tego roku otrzymała honorowe obywatelstwo Krakowa. Inicjatywa wyszła od przewodniczącego Rady Miasta Jakuba Koska. Tym samym Anna Dymna dołączyła do innych wyróżnionych, m.in. Jerzego Treli, Andrzeja Mleczki i Olgi Tokarczuk.
Aktorka od dekad współpracuje z Radiem Kraków. W 2016 wystąpiła w słuchowisku "Dymna! Dymna!" w reżyserii Ewy Ziembli. Jest laureatką Nagrody im. Romany Bobrowskiej. Działalność społeczną Anny Dymnej wyróżniono m.in.: Orderem Uśmiechu, Medalem Świętego Brata Alberta, Medalem WOŚP, tytułem „Ambasador Polskiej Pediatrii”, Nagrodą Honorową Rzecznika Praw Dziecka RP, Medalem im. Tadeusza Kotarbińskiego, Nagrodą im. Andrzeja Bączkowskiego, Medalem „Zasłużonemu – Polskie Towarzystwo Lekarskie” oraz Medalem Świętego Jerzego. Ten ostatni aktorka otrzymała za to, że – jak napisano w laudacji – walczy ze smokiem obojętności i rezygnacji.
- Bycie aktorem to misja - twierdzi Anna Dymna. Tej misji dowodzi jako wykładowca krakowskiej PWST.
Jeszcze studiując Anna Dymna znalazła się na planie filmu Henryka Kluby "Pięć i pół bladego Józka". Nigdy nie wszedł na ekrany, ale zaważył na całym życiu. U Jerzego Hoffman - w reżyserowanej przez niego "Trędowatej" zagrała hrabiankę Barską, w "Znachorze" Marysię Wilczurównę. To, co potrafiła zrobić w teatrach telewizji, zwłaszcza tych reżyserowanych przez Kutza, oraz ta alkoholiczka w filmie Barbary Sass czy Molly Caldwella u Teresy Kotlarczyk, do dziś aż dech zapiera. A Barbara Radziwiłłówna w serialu Janusza Majewskiego? Bogini!
Włoszczowska publiczność nie oklaskuje jednak gwiazdy z okładek. Dziękuje mądremu i dobremu człowiekowi, który nie siedzi tylko przed lustrem w garderobie i patrzy, czy wisi mu podbródek albo ma zmarszczki lub jak przytył. - Przecież wiadomo, że czasu nie zatrzymamy - w kinowej sali Muzy wypełnionej po brzegi, widzowie sami doświadczają historii pięknego podlotka, który prawdziwą karierę zrobił, kiedy stał się dojrzałą kobietą.
Iwona Boratyn

Dodaj komentarz
- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!